piątek, 24 stycznia 2014

urządzeniowe wariactwo i duchy

Minęło dokładnie 14 (słownie: czternaście) miesięcy, odkąd mieszkamy w naszym oszamiałającym swymi rozmiarami M-2. W tym czasie: trzy razy zmieniałam zasłony, dwa razy dywan, trzy razy stolik kawowy i dwa razy szafkę pod TV. Kupiłam sporo bibelotów by już następnego dnia je zwrócić (lub sprzedać), bo w ciągu doby koncepcja urządzania mieszkania zmieniła się o 180 stopni. Ustawiałam meble w jednym miejscu tylko po to, żeby po godzinie przenieść je w inne. Byłam zafascynowana kolejno stylem: skandynawskim, boho, industrialnym i teatralnym. Przemalowałam białą ścianę na ciemny turkus (mimo głośnego sprzeciwu wszystkich siedmiu osób stojących za mną w kolejce w Leroy Merlin) i powiesiłam na niej białe lustro tylko po to, żeby finalnie przemalować je na złoto. 

Decyzje podejmowałam (jak widać) szybko i odważnie. Żeby nie było, że jestem aż taką wariatką powiem, że mimo tego całego urządzeniowego chaosu niezmiennie pozostaję wierna Pe. i miłości do butów.  

No ale nie o tym miało być. Miało być o nowych krzesłach. Jak się można domyślać z powyższego fragmentu, szukałam ich baaaaaaaardzo długo i naprawdę WSZĘDZIE. Przegoniłam Pe. przez całą Warszawę, żeby obejrzeć krzesła, w których szybko sie zakochałam i jeszcze szybciej odkochałam. Polowałam na allegro, szukałam w sklepach internetowych, a nawet (olaboga!) stacjonarnych sklepach z dizajnerskimi meblami (najtańsze krzesło kosztowało tam średnio 1000 zł za SZTUKĘ). Najpierw chciałam białe plastikowe, najchętniej DSW Eamesów. No ale, po pierwsze: na oryginał nie było mnie stać (1400 zł za sztukę) a  po drugie: jestem przeciwko kupowaniu podróbek, więc pomysł ten zarzuciłam. Sprawę ułatwił fakt, że są one już dosłownie wszędzie. Potem miały być: Side Chair by Bertoia (700 $), metalowe loftowe Tolixy (patrz punkt pierwszy i drugi) i  krzesła vintage w komplecie - cztery takie same (akurat jak na złość przez rok nie znalazłam nic ciekawego). Na końcu stwierdziłam, że jednak każde będzie w innym stylu, ale ten pomysł też zarzuciłam. Zmieniałam koncepcję jak rękawiczki (które zgubiłam w zeszłym roku i teraz marzną mi ręce), by w końcu, podczas spontanicznej wizyty w IKEA, w ciągu dwóch minut kupić te. Także tak. 
P.S. Jeśli czyta mnie jakiś psychiatra, niech da znać. Może jest dla mnie jeszcze jakaś nadzieja. 



Pa!

8 komentarzy:

  1. A psycholog wystarczy? :) Jest dobrze :D Takich przypadków znam więcej :)

    OdpowiedzUsuń
  2. tego się nie leczy:) to się powinno dalej uprawiać:) super!
    zapraszam Cię na rocznicowe candy:)

    OdpowiedzUsuń
  3. Za to jaki EFEKT masz teraz!
    Z terapią daj sobie spokój, pomyśl ile wydałabyś ...a zamiast niej - jakich dalszych zmian możesz dokonać;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Joanna, dzięki! W końcu normalność jest taka nudna.... :p

      Usuń
  4. Witaj:) ahaha, kobieta zmienną jest, tego się nie leczy ;P Moją uwagę przykuła LODÓWKA, dokładniej jej kolor. Cudo! Pozdrawiam ciepło, Malgoś

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Małgoś, dzięki! Mój Pe. zgodził sie na lodówkę retro pod warunkiem, że będzie żółta (może liczył, że takiej nie znajdę, ale byłam BARDZO zdeterminowana;-)) Teraz zastanawiam się tylko, czy pasuje do niej stół:-) (jak tylko ta myśl pojawiła się w mojej głwoie zaczęłam się rozglądać za kolejnym stołem....) Niech ktoś to powstrzyma! :-)

      Usuń
  5. Bardzo ciekawy wpis! Super się czytało. Kiedyś też tak miałam, ale teraz staram się jak mogę, by powstrzymywać się od ciągłych zmian w moim M.
    Pozdrawiam. Viola.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Violetta, jak to zrobiłaś?! ja rano, pijąc herbatę, zanim jeszcze wyjdę do pracy siadam na kanapie i rozglądam się w poszukiwaniu czegoś do zmiany.... może jestem przypadkiem beznadziejnym...:-)

      Usuń